Ładowanie...

recenzja & fotorelacja / Sonisphere Festival 2011


Recenzja Sonisphere Festival 2011 by Mateusz Kasjaniuk

10 czerwca mieszkańcy Warszawy obudzili się w mieście, które nagle pełne było dziwnie ubranych, długowłosych fanów muzyki metalowej. Autobusy jadące do Bemowa zostały zdominowane przez ludzi z koszulkami Iron Maiden czy Motörhead, o terenie o promieniu kilku kilometrów wokół samego lotniska nawet nie wspominając. Kasjerki w pobliskim supermarkecie przeżyły prawdziwy szturm. Nie trzeba chyba było nikomu mówić, że na Bemowie ma się zaraz odbyć naprawdę głośny koncert.
Około godziny 13 na teren lotniska zaczęto wpuszczać pierwszych fanów. Wielu od razu gorączkowo rzuciło się w kierunku barierek, by być jak najbliżej sceny, co dało się zaobserwować szczególnie w strefie Golden Circle, gdzie później miały się odbyć ciężkie boje o przetrwanie. Oczywiście nie brano pod uwagę tego, że napór tysięcy ludzi może być trudny do wytrzymania – ujrzenie gwiazd festiwalu z bliska było tego warte.
Niemal równo o godzinie 14.40 (w przeciwieństwie do wielu koncertów, jakie miałem okazję zobaczyć, tutaj z góry ustalonej rozpiski trzymano się dosyć ściśle) na scenie głównej pojawił się pierwszy zespół – Killing Joke. Zagrał kilka dynamicznych utworów, podczas których najbarwniejszą postacią był z pewnością wokalista, ubrany w wojskowy kombinezon i wymalowany na biało. Jego choreografia rzeczywiście obfitowała w toporne ruchy, przypominające gesty militarne – sporo było marszu, a istotne partie wokalne były akcentowane energicznymi wymachami ramion. Sama muzyka była moim zdaniem niestety dość bezbarwna, i to na tyle, że niewiele zapamiętałem z tych utworów. Najbardziej zapadła mi w pamięć dziwna i niezbyt fortunna wypowiedź wokalisty, który nawoływał „amerykańskie twarze” do wywalczenia wolności w kraju, do którego przybyli, co, jak zauważyłem, spotkało się z pewną konsternacją przynajmniej niektórych widzów.
Następnie akcja przeniosła się na małą scenę. Niestety, ze względu na umieszczenie jej z boku placu koncertowego, kilkaset metrów bliżej wejścia niż scena główna, większość osób z rejonu najbliżej sceny nie miało szans ani na porządne przyjrzenie się, ani wsłuchanie w grające tam zespoły. W związku z tym o tamtejszych wydarzeniach za wiele powiedzieć nie mogę. Na podstawie widzianego nagrania, nakręconego podczas występu Huntera (pomiędzy Motörheadem a Ironami) jestem w stanie jedynie stwierdzić, że fani pod małą sceną także świetnie się bawili, a rozkręcone tam pogo było bardzo dynamiczne. Nic zresztą dziwnego, w końcu Hunter należy do czołowych przedstawicieli polskiej muzyki metalowej.
Kolejnym zespołem na scenie głównej był Devin Townsend Project. Jak dla mnie występ tego zespołu był jedną, wielką pomyłką. Początkowo zapowiadało się nienajgorzej – co prawda wystąpiły pewne problemy techniczne z mikrofonem, lecz wydawało się, że wokalista to całkiem sympatyczny gość z dystansem do swojej osoby. Niestety, zbyt dużym. Szybko wyszło na jaw, że spora część jego popisów to niezbyt wyrafinowane wariacje na temat seksu. Muzycznie było niewiele lepiej – co prawda utwory wyróżniały się nietypowym u przedstawicieli płci męskiej, operowym wokalem, lecz muzyka opierała się na jak najgłośniejszym hałasie. Huk w pierwszym rzędzie był niesamowity, a naprawdę szkoda mi było psuć sobie słuch na tak miernym występie. Z niecierpliwością czekałem, kiedy pojawi się pierwsza na tym festiwalu (z pominięciem małej sceny – z powodów podanych wyżej) gitarowa solówka, choć odrobina finezji.
Na szczęście nie musiałem długo czekać, bo Volbeat okazał się zespołem z zupełnie innej pólki niż poprzednie. Żartobliwie określili się „Iron Maiden z Danii”, co prawda nieco na wyrost, lecz w porównaniu z Devinem rzeczywiście brzmieli niesamowicie. Grana przez nich muzyka z pogranicza rocka i heavy metalu była całkiem przyjemna, i właściwie wadził mi tylko wokal. Moim zdaniem momentami był on zbyt łagodny, ocierający się o inne rejony muzyki, ale można to uznać za drobiazg.
Później wystąpił Mastodon – zespół otrzymał na swój występ godzinę, czyli tyle samo, co Motörhead. Przyznam, że żywiłem co do Mastodona pewne nadzieje. Nazwa ta niejednokrotnie obijała mi się o uszy, choć nigdy razem z muzyką; liczyłem na to, że rozgłos idzie w parze z talentem. Czy jest tak rzeczywiście, jest już kwestią gustu. Mi ten zespół raczej nie pasował – zapewne głównie dla tego, że koncert trwał już dobre trzy godziny, a Mastodon, przynajmniej na tym występie, najbardziej pasował mi do określenia „rzeźnia” i nieco mnie zmęczył. Grali ostro, bez wytchnienia, i choć momentami pojawiał się jakiś ciekawy motyw, całokształt po prostu dawał w kość. Może w innych okolicznościach podszedłbym do tej muzyki inaczej, ale wgniatany w barierki z niecierpliwością czekałem na gwiazdy festiwalu.
Motörhead... po tym zespole przynajmniej wiedziałem, czego się spodziewać, i zdecydowanie się nie zawiodłem. Zaczęli z przytupem, bo od „Iron Fist”, po czym klasycznie poinformowali publikę, że grają rock'n'rolla. To było zresztą widać na pierwszy rzut oka – nawet gdyby ktoś został nagle pozbawiony słuchu, bokobrody Lemmy'ego, energiczna gra gitarzysty Campbella i show, jaki prezentował na perkusji Mikkey nie pozostawiały co do tego żadnych wątpliwości. Rozruszani po części Mastodonem fani szaleli – nic dziwnego, w końcu koncert Motörhead był tak pełen mocy, że moim zdaniem przyćmił nawet Ironów. Wśród kolejnych utworów znalazły się m.in. „Stay Clean”, „Going to Brazil” oraz obowiązkowe „Ace of Spades” i „Overkill”. Nie zabrakło też utworów z najnowszej płyty: „Get Back in Line” i „I Know How to Die”. Widać, że Lemmy i spółka znają umiar i w tym zaledwie godzinnym występie postawili na znane utwory. Moim faworytem z tego występu jest „In the Name of Tragedy”, wyjątkowo dynamiczny utwór okraszony pokazową solówką perkusyjną, w której pałeczki wzlatywały w powietrze niemalże pęczkami... a perkusista mimo to nie przestawał grać! Ten pokaz w pewien sposób zrekompensował to, że Nicko z Ironów był zza swoich garów praktycznie niewidoczny i właściwie nie dało się z nim złapać żadnego kontaktu, nawet z najbliższych rzędów.
Czas na zespół dnia przyszedł niedługo po zmroku. O godzinie 21, po długim rozstawianiu się umilanym pojedynczymi dźwiękami utworów Huntera, dolatującymi jakimś cudem z małej sceny, z głośników zabrzmiał swego rodzaju prolog do konceru - „Doctor Doctor”, wyśpiewany chórem również przez fanów. Na scenie wciąż pusto... W końcu rozbrzmiało intro z tytułowego utworu z najnowszej płyty, podczas którego na telebimach zaczęły ukazywać się sceny rodem z filmu science fiction – do czego zresztą nawiązywały również dekoracje. I w końcu, po ciągnącym się w nieskończoność oczekiwaniu, przed licznymi metalowcami ukazał się zespół w swoim standardowym składzie. Koncert, co by o nim nie mówić, był świetny. Pomimo tego, że większość utworów (aż pięć!) pochodziło z najnowszej, jak na Ironów nietypowej płyty, a inne trzy pochodziły z „Brave New World” i „Dance of Death” (czyli z nowszego okresu twórczości IM – według obiegowej opinii gorszego od wcześniejszych lat), Brytyjczycy zaprezentowali świetną formę (co prawda Bruce'owi zdarzyło się nie wyrobić w jednym czy dwóch momentach, lecz nie zaważyło to zbytnio na całokształcie).
Jeżeli nawet komuś niespecjalnie pasują nowsze płyty Iron Maiden, miał okazję posłuchać także licznych klasyków. „2 Minutes to Midnight”, „The Trooper”, „The Evil That Men Do”, „Fear of the Dark” i „Iron Maiden” skłoniły rzesze przybyłych do wspólnego śpiewu i intensywnego machania głowami. Jeżeli dla kogoś i to było za mało, z pewnością entuzjastycznie przyjął bisa – składał się on tylko z już uznanych utworów, czyli „The Number of the Beast”, „Hallowed Be Thy Name” i „Running Free”. Po zakończeniu koncertu tradycyjnie wybrzmiało „Always Look on the Bright Side of Life”.
Jako że scena główna nie była zbyt duża, dekoracje siłą rzeczy nie mogły być tak imponujące, jak podczas ostatniej wizyty tego zespołu w Polsce. Główną rolę pełniły skrzynie z motywami z „The Final Frontier”, ułożone w podest, po którym oczywiście biegał Bruce. Za tło robiły płachty z obrazami, nawiązującymi do akurat granego utworu. Niekiedy pojawiały się bardziej finezyjne elementy – jedną z gwiazd występu był najnowszy wizerunek Eddiego, zarówno w postaci wielkiej, wyłaniającej się z tyłu głowy, jak i w pełni sprawnej, chodzącej kukły, ze zmiennym powodzeniem atakującej gitarzystów. Podczas „The Number of the Beast” pojawiła się za to okazja ujrzenia tytułowej bestii, spowitej strzelającymi w górę kłębami dymu.
Osobiście jestem bardzo zadowolony z tegorocznego Sonisphere. Dobór artystów raczej nie może budzić zastrzeżeń (tak, supporty mogłyby być lepsze, ale nie można mieć wszystkiego...) i podejrzewam, że w roku następnym, tak samo jak w przypadku tej i poprzedniej edycji, ujrzymy zespoły z najwyższej półki. Tymczasem – up the Irons!
* * *
Fotorelacja Sonisphere Festival 2011
* * *


P.S. Magiczna Kostka Motorhead prosto ze sceny...





Iron Maiden...
( ...że w ogóle foty zostały zrobione to cud - był cały czas amok, amok, amok... )



















Motorhead...
( klasyka ! innych foto nie dało zrobić - było tylko pogo )





Mastodon... ( hmmm... bas zabił wszystko... )





Volbeat
... ( i to jest radość z grania - rock'n'roll )















Devin Townsend Project live ... ( ekscentryk - brawo! )







Setlista z występu i koncert Killing Joke.. ( po raz pierwszy od 28 lat w oryginalnym składzie - OK )


Widok spod sceny głównej... ( jeszcze luzik )





wjazd do Warszawy
( noc i mgła )


0 komentarze:

Prześlij komentarz

Archiwum

Popularne posty