autor: Mateusz Kasjaniuk
Koncert rozpoczął się o 21.30. Najpierw rozległy się dźwięki War Pigs Black Sabbath, które, gdy tylko rozległ się głos Ozzy'ego Osbourna, zostały przyjęte gromkim aplauzem. Nic dziwnego – bądź co bądź dzień wcześniej na drugim krańcu Polski odbył się jego koncert, na którym znaleźli się również najbardziej zagorzali i wytrzymali z przybyłych do Spodka metalowych maniaków. Co prawda nie był to zabieg przygotowany specjalnie dla polskich fanów – podobnie sprawa się miała na innych koncertach trasy Epitaph, lecz nie wszyscy mogli to wiedzieć i już sam wstęp do występu wywarł duże wrażenie.
Chwilę później puszczony został Battle Hymn, tym razem już autorstwa wiadomego zespołu, po czym podniesiono zakrywający scenę baner. Na scenie pojawili się muzycy z Judas Priest – narzucając na początku błyskawiczne tempo, do czego przyczynił się utwór o równie „szybkiej” nazwie, Rapid Fire. I tu spotkało mnie zaskoczenie, gdyż po Sonisphere spodziewałem się, że na całej, bo niewielkiej płycie katowickiego Spodka od razu zapanuje szał, skoki i parcie pod scenę. Było inaczej, może właśnie za sprawą gabarytów hali, dzięki którym prawie zewsząd można było coś zobaczyć. Na dalszej połowie znaleźli się głównie fani wolący spokojniejszą zabawę, zaś bliżej miały miejsce w miarę łagodne tańce i przepychanki. Dopiero przy samej scenie można było poczuć napór na plecy, uczestniczyć w nieustannych podskokach, spocić się jak w saunie i naprawdę dokładnie obejrzeć członków zespołu. Po trwającej kilka utworów podróży przez płytę uznałem, że tam bawić się jest najlepiej, ale spodobał mi się względny spokój w tylnych rewirach – w końcu każdy mógł spędzić koncert tak jak lubił. Nie każdy gustuje w obrywaniu w głowę glanami crowdsurferów.
Można się było obawiać, że Judas Priest bez Downinga nie będzie brzmiało tak samo. Jest to pewnie prawda, lecz dla kogoś, kto nie zna na wylot gitarowego stylu K.K., np. dla mnie, Richie Faulkner sprawił się świetnie. Widać było, że przez te kilka miesięcy zdążył stać się częścią zespołu – dobrze zgrywał się z Tiptonem, widać też było, że został zaakceptowany przez Halforda. Ian trzymał się na uboczu, a Scott... wiadomo, ale Judasi sprawiali wrażenie zespołu, a nie oddzielnych artystów, i dobrze się na to patrzyło.
Mieli zagrać co najmniej po jednym utworze z każdego albumu i spełnili obietnicę, o ile uznać, że Jugulator i Demolition, nagrane z Timem Owensem, to płyty innego zespołu. W każdym razie Robowi chyba nie w smak było śpiewanie utworów napisanych pod innego wokalistę i brutalnie je zignorował, a szkoda, bo choć nie uznaję tych płyt za najlepsze w dorobku zespołu, to np. Blood Stained czy Death Row chętnie bym usłyszał. Z drugiej strony wtedy należałoby zrezygnować z innych utworów, a naprawdę nie byłoby co odrzucać. Judasi mają w swojej dyskografii tyle świetnych utworów, że mieli wielkie pole do popisu przy wyborze setlisty. Udało im się i nie było ani jednej słabej kompozycji. Nawet taki Turbo Lover zabrzmiał jak utwór heavy metalowy. Pojawiły się utwory, które standardem koncertowym na pewno nie są (pomijając obecną trasę, na której wszędzie grają to samo), np. Starbreaker, którego osobiście uwielbiam. Oczywiście pokaźna dyskografia skutkuje również tym, że wielu utworów mi zabrakło, ale koncert trwał ponad dwie godziny, więc naprawdę ciężko by było się spodziewać, że usłyszę jeszcze Evening Star czy Excitera. Pomimo niespodzianek nie zabrakło obowiązkowych Painkillera, Hell Bent for Leather, Breaking the Law czy Living After Midnight.
Dobrze było stać z przodu, bo koncert był świetny również wizualnie. O ile każdy mógł zobaczyć „lasery” czy buchające ze sceny płomienie, o tyle warto było również przyjrzeć się z bliska członkom zespołu z Halfordem na czele. Rob często zmieniał stroje. Pojawił się m.in. w dżinsowej kurtce – prostej, lecz przywołującej na myśl czasy pierwszych płyt, w błyszczącej szacie Nostradamusa z judasowym krzyżem w ręce i w stroju, z którego rękawów zwisało kilkadziesiąt pasków od spodni. Oczywiście głównym motywem była skóra i ćwieki. Nie zabrakło chyba najważniejszego dla fanów momentu – na początku Hell Bent for Leather na scenie pojawił się motocykl, a Rob założył charakterystyczną czapkę i wymachiwał szpicrutą, wzbudzając rozbawienie w pierwszych rzędach.
Zagrali aż dwadzieścia jeden utworów, i to nie licząc tych w stylu The Hellion (które były zresztą odtwarzane z taśmy, więc kto by je liczył?), w tym dwa bisy. Znakomite pożegnanie z fanami – bo choć wciąż będą grali koncerty, a nawet zamierzają nagrać kolejny album studyjny, to jednak w trasę już nie wyruszą, co raczej wyklucza możliwość kolejnego występu w Polsce. Szkoda, że tak legendarny i, co o wiele ważniejsze, będący esencją heavy metalu zespół zagrał u nas tylko dwa koncerty, w tym jeden w dalekim od ideału składzie, ale trzeba się cieszyć z tego, co się ma.
fot: konferencja prasowa zespołu przed koncertem