Ładowanie...

UNIQUE ROCK FESTIVAL Morąg 2012



24-25 marca 2012 roku w Morąskim Domu Kultury,
odbędzie się II edycja Unique Rock Festival.

Unique Rock Festival to projekt członków morąskiego zespołu UNIQUE w szczególności Janusza Kneć. Jest to druga oficjalna edycja festiwalu. Wydarzenie składać się będzie
z dwóch części podzielonych na dwa dni. W ciągu tych dni odbędzie się
konkurs muzyczny oraz koncerty dwóch gwiazd. Charakter festiwalu jest ogólnopolski.

KONKURS

Konkurs skierowany jest do zespołów grających różne rodzaje wykonywanej muzyki.
Ważne by była dynamiczna, żywiołowa... po prostu energetyczna!
Główny koncert na scenie poprzedzony będzie przesłuchaniami podczas,
których jury wybierze zwycięzcę.
Nagrodą dla zwycięzcy konkursu będzie

5000 zł

Przewidziane są dodatkowe nagrody specjalne,
które będą przyznawane indywidualnie przez organizatora.

recenzja live : Acid Drinkers w Olsztynie


Od niedawna Acid Drinkers są w trasie nazwanej „Back on the Streets”, na której mają z założenia grać utwory, które na ich koncertach nie pojawiały się od bardzo długiego czasu, albo nawet wcale. Kiedy wybierałem się na występ Acidów w Olsztynie, nie wiedziałem jednak, jaka jest konwencja tej trasy, i obawiałem się, że promocja płyty „Fishdick Zwei” będzie trwać dalej.

Zanim przekonałem się, czy moje obawy były słuszne, na scenę wkroczył zespół Vervrax. Typowy support klubowy – ani znany, ani niczym specjalnym się nie wyróżniający. Vervrax najwyraźniej obrał taki kierunek swojej twórczości, aby niedociągnięcia techniczne tuszować hałasem. Stąd też wielkiego entuzjazmu pod sceną nie było, pomimo zachęt wokalisty, a nawet niezaprzeczalnej obecności miłośników takiej muzyki wśród przybyłych na koncert.

Oczywiście w przypadku zespołu wieczoru podobnego problemu nie było. Fani tak się rozruszali, że niebezpiecznie było zbliżać się do sceny – byłem już na kilku takich ostrych koncertach, ale takiego pogo jeszcze nie przeżyłem. Dałem się tam zaciągnąć tylko na chwilę, bo któryś już w ciągu ostatnich kilku lat występ Acidów nie był dla mnie wart siniaków. Titus jak zwykle miał świetny kontakt z publicznością, co do koncertów klubowych jest, oczywiście, niezbędne, ale u muzyka z takim doświadczeniem nie trzeba się było o to martwić.

W skład setlisty rzeczywiście wchodziły utwory nie należące do czołówki pod względem popularności. Muzyczny terror zaczął się od „Zero”, pojawiły się też „Anybody Home??!!” czy „I'm a Rocker” - czyli, mówiąc w skrócie, bardzo energiczne kompozycje z wcześniejszego okresu twórczości. Zabrakło za to np. „Pizza Driver” czy „Barmy Army”, co nie wszystkim się spodobało, ale, jak powiedział Titus, od niektórych utworów trzeba po prostu odpocząć.

Niestety, moje obawy przedkoncertowe po części się sprawdziły. Ostatnia płyta Acidów jest świetna, ale dlaczego połowa setlisty to utowry innych wykonawców? Czy Acid Drinkers to cover band, nie mający czym się pochwalić w swojej kilkunastopłytowej dyskografii? Nie, ale na taki zespół najwyraźniej się kreuje. Poza ścieżkami z zeszłorocznego albumu pojawiły się też starsze, jak np. „Another Brick in the Wall”, i to mi się spodobało – ale jeden-dwa takie utwory na koncert wystarczyłyby w zupełności.

Ku pocieszeniu fanów, którym brakowało klasyków, pojawił się m.in. „The Joker”, a ku mojej radości mój ostatnio ulubiony utwór Acidów: „Blues Beatdown”, na którym jakoś udało mi się nie zedrzeć gardła, choć zwykle tak się dla mnie kończą koncertowe wrzaski. Poznaniacy dowiedli, że są w dobrej formie, choć życzę im, aby jak najszybciej wrócili do całkowicie swoich kompozycji. Może trasa promująca kolejną płytę by ich nawróciła? Na to liczę.

Autor: Mateusz Kasjaniuk


ps. Koncert Acid Drinkers odbył się 25.09.11 w klubie Nowy Andergrant - Szacun dla klubu :)

Twilite – nuta przestrzeni


Wydając druga płytę „Quiet Giant” przeciekli przez palce promotorom regionu. Jak woda z potoku. Minęło. Jest to już zespół ogólnopolski, a lada moment będzie to europejska marka. Mogli wyjść stąd jako rozpoznawalny produkt. Zabrakło jak zwykle wyczucia chwili i spostrzegawczości. Nie trzeba przecież kusić Urzędów na nutę warmińską, żeby być zauważonym. Czasem wystarczy własna wizja. Muzyka Twilite nie mieści się w lokalnym pojmowaniu kultury i jej znaczenie dla regionalnego rozwoju muzyki zostało wyemigrowanie. Po wydaniu pierwszej płyty "Bits & Pieces" , gitarowy duet został od razu wciągany w nylonowe granie i wszelkiej maści songwritingowe czeluści. Nie dał się w nie wchłonąć. Druga płyta „Quiet Giant”, wydana pod koniec marca tego roku, uwidacznia dystans muzyków do wszelkiego rodzaju mentorskiego klasyfikowania i uzależniania , tak bardzo wpływającego na twórczość wielu wykonawców w Polsce. To dobre wydawnictwo. Bardzo dobre. Nie przyszło jednak łatwo. Zespół tworzy duet Paweł Milewski i Rafał Bawirsz . Paweł związany z Biskupcem, Lidzbarkiem Warmińskim i Olsztynem tworzył przez lata muzykę w zespole Splin. Tam zaczęła się już wykluwać magia – niestety zespół trafił na złe czasy, ale pozostały nagrania, które warto poznać. Może kiedyś, jako dodatek do płyty Twilite? Rafał natomiast mieszkał w Krakowie i z Pawłem razem komponowali wirtualnie przez internet. Potem był Dublin. Wyjechali wspólnie do Irlandii i tam się zaczęło ich granie na żywo. Jako zespół tworzą obecnie w Polsce, a kompozycje na płytę powstawały w zaciszu warmińskiej prowincji, choć płyta nagrana została w Poznaniu. Ich doświadczenie sceniczne jest niezwykle ekscytujące, ale najbardziej chyba odpowiada im koncertowo klimat eklektyczny, kanapowy, w zaciszu czterech ścian z publicznością rozsiadającą się w ich muzyce.

Cat Stevens, The Byrds, Donovan, Simon&Garfunkel, Crosby, Stills, Nash and Young – duchy przeszłości często są cytowane jako inspiracje, zwłaszcza jeżeli pojawia się gitara akustyczna, ale to zbyt proste i nie zgadzam się. Jak już to tylko jako motywacja. Ze współczesnych Kings Of Convenience i Iron & Wine? To jest porównanie w równoległym bycie estradowym tylko dla promotorów i celów marektingowych, a są to przecież odrębne organizmy. Twilite to coś więcej niż próba uchwycenia w dwie ręce. Kroczą tą samą drogą co Jeff Buckley, Kurt Vile, Bradford Cox z Atlas Sound i Ben Chasny z Six Organs Of Admittance. Tworzą nutę przestrzeni.

Czy następną płytą będzie już granie w pełni zespołowe? Czy Piotr Maciejewski znany z formacji Muchy, stanie się oficjalnym członkiem grupy? Wydaje się być to ważne dla produkcji, ale dla feelingu muzyków nie aż tak. Dobrze, że Piotr pojawił się na ich drodze i niech będzie dla nich niczym Rick Rubin, czy Ross Robinson. Potrzebują się wzajemnie na tej drodze.

Dla leniwych polecam na początek dwa utwory: „Saling Time” i „One Quiet Moment”.

Organoleptic Trio – w studio, ale na żywo

Szykują drugą płytę, choć pierwsza ciągle brzmi i zaskakuje ....


„The Rest Is Just Redundant”. Płyta, która buduje myślenie. Choć trudna, to wydaje się potrzebna. Zwłaszcza na olsztyńskim rynku muzycznym. Muzycy celowo zdają się  wkraczać w rejony, które nie przysporzą im fanów – rzeszy fanów. Na pewno za to zaskarbią sobie środowisko muzyczne, które choć nie wykonuje, to uwielbia eksperymentatorów, nawet jeżeli ich muzycznie nie rozumie. Potwierdzeniem tej tezy był jedyny, olsztyński koncert Over Dub Trio, zagrany w klubie Grawitacja w 2004 roku. Na perkusji zagrał  śp. Krzysztof Doc Raczkowski , na saksofonie Mikołaj Trzaska, a na gitarze basowej Arek Blum. Było to awangardowe, improwizacyjne podejście do wrażliwości grających muzyków. Oczywiście w oprawie jazzu. Sam Mikołaj Trzaska był pod wrażeniem muzycznego spotkania, któremu potem już nie podołał – to była walka muzyków. W nutę środowiska muzycznego koncert trafił i stał się punktem odniesienia. Takim jest dla mnie również w stosunku do Organoleptic Trio. Jedynie punktem wyjścia, gdyż kompozycje zebrane na debiutanckiej płycie „The Rest…” są przemyślane i już nie improwizowane. To pewne, że przeciętny słuchacz nie wyłapie tu wariacji na temat kołysanki z dziecka Rosemary Komedy, ale na pewno może ulec przeświadczeniu, że ma do czynienia z czymś wyjątkowym, a nie tylko kuriozum. Potrzebne do tego jest złapanie równowagi – jak u linoskoczka. Temu służą tytuły kompozycji – tekstów tu nie ma, to trzeba sobie samemu dośpiewać. Wyobraźnią.  Choć to muzyka rodząca się improwizacją na koncertach, czy w sali prób, w oparach jazzu ( konstrukcja muzyki ku temu skłania ) , nie sądzę, by środowisko jazzowe padło na kolana. To bardzo hermetyczny krąg, nie dopuszczający zwłaszcza muzyków wywodzących się ze środowisk rockowych. Choćby  i ortodoksyjnie  awangardowych. Ale też nie trafiło na takich, którzy by tym się przejmowali – słychać, że bardzo kręci ich ta forma. To najważniejsze.

Kilka lat temu słuchałem Sebastiana Bednarczyka, gitarzystę zespołu, w kapeli Pąż Salarz. Jego fascynacja Robertem Frippem, uwidoczniła się mocno dźwiękiem gitary.  Wojtek Szymański nie zaskakuje tym co robi, bo to jego żywioł. Choć coraz bardziej wychodzi na to, że Jerzy "Keta" Piotrowski jest  dla niego Kimś. Sebastian i Wojtek  mają wiele emocji do zagrania i aż dziwi, że potrafią równomiernie to rozkładać – nie dominować wzajemnie. Być może Krystian Zemanowicz , basista zespołu, jest ta równowagą, bo dyskretnie, ale z wyrazem wszystkiego swoją linią pilnuje. Co do inspiracji – jeżeli ktoś tu doszuka się King Crimson, SBB, Pata Metheny, czy Franka Zappy, to bardzo dobrze, bo oznaczać to będzie, że jest jeszcze dla kogo Organoleptic Trio zagrać.


Organoleptic Trio - „The Rest Is Just Redundant”.

O1.Wnik
02.Amazonka nocą
03.Klara
04.Etiuda
05.Rozdziobały nas kruki
06.Deszczowa piosenka
07.Dragster
08.Taniec kwarków
09.Moczary
10.Zanurzenie

recenzja : koncert Judas Priest, Katowice, 10.08.2011


autor: Mateusz Kasjaniuk

Koncert rozpoczął się o 21.30. Najpierw rozległy się dźwięki War Pigs Black Sabbath, które, gdy tylko rozległ się głos Ozzy'ego Osbourna, zostały przyjęte gromkim aplauzem. Nic dziwnego – bądź co bądź dzień wcześniej na drugim krańcu Polski odbył się jego koncert, na którym znaleźli się również najbardziej zagorzali i wytrzymali z przybyłych do Spodka metalowych maniaków. Co prawda nie był to zabieg przygotowany specjalnie dla polskich fanów – podobnie sprawa się miała na innych koncertach trasy Epitaph, lecz nie wszyscy mogli to wiedzieć i już sam wstęp do występu wywarł duże wrażenie.
Chwilę później puszczony został Battle Hymn, tym razem już autorstwa wiadomego zespołu, po czym podniesiono zakrywający scenę baner. Na scenie pojawili się muzycy z Judas Priest – narzucając na początku błyskawiczne tempo, do czego przyczynił się utwór o równie „szybkiej” nazwie, Rapid Fire. I tu spotkało mnie zaskoczenie, gdyż po Sonisphere spodziewałem się, że na całej, bo niewielkiej płycie katowickiego Spodka od razu zapanuje szał, skoki i parcie pod scenę. Było inaczej, może właśnie za sprawą gabarytów hali, dzięki którym prawie zewsząd można było coś zobaczyć. Na dalszej połowie znaleźli się głównie fani wolący spokojniejszą zabawę, zaś bliżej miały miejsce w miarę łagodne tańce i przepychanki. Dopiero przy samej scenie można było poczuć napór na plecy, uczestniczyć w nieustannych podskokach, spocić się jak w saunie i naprawdę dokładnie obejrzeć członków zespołu. Po trwającej kilka utworów podróży przez płytę uznałem, że tam bawić się jest najlepiej, ale spodobał mi się względny spokój w tylnych rewirach – w końcu każdy mógł spędzić koncert tak jak lubił. Nie każdy gustuje w obrywaniu w głowę glanami crowdsurferów.
Można się było obawiać, że Judas Priest bez Downinga nie będzie brzmiało tak samo. Jest to pewnie prawda, lecz dla kogoś, kto nie zna na wylot gitarowego stylu K.K., np. dla mnie, Richie Faulkner sprawił się świetnie. Widać było, że przez te kilka miesięcy zdążył stać się częścią zespołu – dobrze zgrywał się z Tiptonem, widać też było, że został zaakceptowany przez Halforda. Ian trzymał się na uboczu, a Scott... wiadomo, ale Judasi sprawiali wrażenie zespołu, a nie oddzielnych artystów, i dobrze się na to patrzyło.
Mieli zagrać co najmniej po jednym utworze z każdego albumu i spełnili obietnicę, o ile uznać, że Jugulator i Demolition, nagrane z Timem Owensem, to płyty innego zespołu. W każdym razie Robowi chyba nie w smak było śpiewanie utworów napisanych pod innego wokalistę i brutalnie je zignorował, a szkoda, bo choć nie uznaję tych płyt za najlepsze w dorobku zespołu, to np. Blood Stained czy Death Row chętnie bym usłyszał. Z drugiej strony wtedy należałoby zrezygnować z innych utworów, a naprawdę nie byłoby co odrzucać. Judasi mają w swojej dyskografii tyle świetnych utworów, że mieli wielkie pole do popisu przy wyborze setlisty. Udało im się i nie było ani jednej słabej kompozycji. Nawet taki Turbo Lover zabrzmiał jak utwór heavy metalowy. Pojawiły się utwory, które standardem koncertowym na pewno nie są (pomijając obecną trasę, na której wszędzie grają to samo), np. Starbreaker, którego osobiście uwielbiam. Oczywiście pokaźna dyskografia skutkuje również tym, że wielu utworów mi zabrakło, ale koncert trwał ponad dwie godziny, więc naprawdę ciężko by było się spodziewać, że usłyszę jeszcze Evening Star czy Excitera. Pomimo niespodzianek nie zabrakło obowiązkowych Painkillera, Hell Bent for Leather, Breaking the Law czy Living After Midnight.
Dobrze było stać z przodu, bo koncert był świetny również wizualnie. O ile każdy mógł zobaczyć „lasery” czy buchające ze sceny płomienie, o tyle warto było również przyjrzeć się z bliska członkom zespołu z Halfordem na czele. Rob często zmieniał stroje. Pojawił się m.in. w dżinsowej kurtce – prostej, lecz przywołującej na myśl czasy pierwszych płyt, w błyszczącej szacie Nostradamusa z judasowym krzyżem w ręce i w stroju, z którego rękawów zwisało kilkadziesiąt pasków od spodni. Oczywiście głównym motywem była skóra i ćwieki. Nie zabrakło chyba najważniejszego dla fanów momentu – na początku Hell Bent for Leather na scenie pojawił się motocykl, a Rob założył charakterystyczną czapkę i wymachiwał szpicrutą, wzbudzając rozbawienie w pierwszych rzędach.
Zagrali aż dwadzieścia jeden utworów, i to nie licząc tych w stylu The Hellion (które były zresztą odtwarzane z taśmy, więc kto by je liczył?), w tym dwa bisy. Znakomite pożegnanie z fanami – bo choć wciąż będą grali koncerty, a nawet zamierzają nagrać kolejny album studyjny, to jednak w trasę już nie wyruszą, co raczej wyklucza możliwość kolejnego występu w Polsce. Szkoda, że tak legendarny i, co o wiele ważniejsze, będący esencją heavy metalu zespół zagrał u nas tylko dwa koncerty, w tym jeden w dalekim od ideału składzie, ale trzeba się cieszyć z tego, co się ma.



fot: konferencja prasowa zespołu przed koncertem

Archiwum

Popularne posty